602,494 unikalne wizyty
Śladami ludobójstwa na Wołyniu

W hołdzie tysiącom pomordowanych i zamęczonych w 55 rocznicę śmierci z rąk OUN - UPA

Śladami Ludobójstwa na Wołyniu

Okrutna przestroga

Cz. II

Opracowanie

Leon Karłowicz
Leon Popek

Towarzystwo Przyjaciół Krzemieńca
i Ziemi Wołyńsko-Podolskiej

Stowarzyszenie Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu z siedzibą  w Zamościu

Środowisko 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej Oddział Lubelski

POLIHYMNIA
Lublin 1998

 


Spis treści - plik pdf


WSTĘP

Wydana w 1997 roku praca pt. ,.Okrutna przestroga" spotkała się z głębokim zrozumieniem naszych czytelników, nic tylko rodem z Wołynia. Na taka publikacje Kresowiacy czekali od dawna, publikację, która bez zniekształceń i zafałszowań ukazałaby cały ogrom cierpień, krwi i męczeństwa byłych mieszkańców Wołynia polskiej narodowości, doznanych od zbrodniczych formacji OUN-UPA. Relacje ludzi, którzy cudem ocaleli z totalnej rzezi we wszystkich polskich wsiach, koloniach i mi a steczkach, przerażają swoją wymową, opartą na prawdziwych przeżyciach, na obrazach mordu i pożogi, w których brzmią do dziś rozdzierające serca krzyki rozpaczy mordowanych, zmieszane z nieludzkim wyciem roz¬szalałej tłuszczy, żądnej śmierci wszystkich Polaków.
Odpowiedzią czytelników na „Okrutną przestrogę" stal się niemal masowy napływ dalszych relacji ocalałych Polaków. Długo ludzie ci czekali dnia. w którym uzyskają możliwość powiedzenia głośno o zagładzie swoich rodzin, o męczeńskiej śmierci najbliższych, o własnych ranach i cierpieniach fizycznych, a jeszcze bardziej bolesnych - psychicznych. Dziś. gdy cały świat oburza się na zbrodnie dokonywane w Chorwacji. Kosowie, Ruandzie czy innych odległych krajach, czas ukazać w pełnym świetle nie notowane nigdzie dotąd okrutne losy Polaków podczas straszliwego holokaustu na Wołyniu, a od końca 1943 roku także w Małopolsce Wschodniej, następnie na naszych ziemiach po lewej stronie Bugu.
Obrazy nieludzkiej rzezi na Wołyniu ściskają serca tym mocniej, że ukazują je ludzie będący wówczas małymi dziećmi, wyrostkami, młodymi dziewczętami i chłopcami, którzy, jakże często ciężko ranni, zalani krwią, przywaleni zwłokami zamordowanych rodziców, sióstr i braci po odejściu sprawców rzezi wydobywali się spod ciężaru zabitych i korzystając niejednokrotnie także z pomocy uczciwych Ukraińców, dostawali się do szpitali lub miejsc bezpieczniejszych, gdzie zapewniano im pomoc i opiekę. Proste, niewyszukane stówa, jakimi w większości posługują się autorzy relacji, wywierają na czytających jeszcze większe wrażenie. Tu każde zdanie oskarża, demaskuje kłamstwa banderowców i ich dzisiejszych spadkobierców, usiłujących oczyścić niedawnych zbrodniarzy, a winą obarczyć ówczesnych Polaków, w tym nieletnie dzieci, niemowlęta, starców i kobiety.
Może w końcu obudzi się sumienie w polskim narodzie, a przede wszystkim w rzą¬dzących krajem, w politykach, uczonych, dysponentach mediami, którym - z niezna¬nych do dziś powodów - bliżsi zdaj;) się być spraw ej straszliwych rzezi niż ich bez¬bronne ofiary. Może przemówią do wyobraźni Polaków zbiorowe mogiły, rozsiane po całym Wołyniu, a o których tak często wspominają autorzy relacji. Wymazane z map setki polskich wsi. spalonych i wyniszczonych tak dokładnie, by najmniejszy ślad po byłych ich mieszkańcach nie pozostał. Może przemówią krwawe blizny, noszone przez jeszcze żyjących, po ranach doznanych od noży, siekier, żelaznych łomów.
V tą nadzieją oddajemy do rąk PT Czytelników niniejsza książkę ..Śladami ludobójstwa na Wołyniu", życząc, by dotarła ona nie tylko do rąk, lecz przede wszystkim do serc i umysłów tych zwłaszcza, którym nic dane było dotąd zetknąć się z autentyczną prawdą tamtych tragicznych dni.
Z wdzięcznością przyjmiemy wszelkie dalsze relacje kresowych Polaków, które posłu¬żą nam do opublikowania dalszych tomów, aby żadna zbrodnia popełniona na naszym narodzie, nie poszła w zapomnienie.
Leon Karłowicz



W chwili rozpoczęcia II-ej wojny światowej w 1939 r. miałam 14 lat i byłam jedną z pięciorga dzieci w rodzinie tzw. zubożałej szlachty. Mieszkałam wraz z rodziną na futorze, stanowiącym resztówkę majątku dziadka Edwarda Pózichowskiego. Nazwa futor Pózi-chowskiego widniała na niektórych szczegółowych mapach (topograficznych).
Z nieistniejących już dokumentów wynikało, że pradziad mój w okresie panowania car-skiej Rosji na Kresach Wschodnich Polski, przegrał w karty swój majątek w Uhorsku k. Krzemieńca na Wołyniu, a syn jego Edward dorabiał się gospodarki sam. Był budowni¬czym młynów wodnych i ze swoich zarobków oraz częściowo z zaciągniętej pożyczki w Kasie Stefczyka, kupił ok. 40 ha ziemi, położonej o 7 km na wschód od miasteczka Biało-zórka w powiecie krzemienieckim na Wołyniu.
Po zakończeniu pierwszej wojny światowej część ziemi dziadka znalazło się poza gra-nicą polsko-radziecką i o nią, przez okres 20 lat Rzeczypospolitej, rodzice moi sądzili się z rządem bez efektu, a pożyczkę w Kasie Stefczyka trzeba było spłacić.
Dziadek mój, Edward, był dwukrotnie żonaty i miał 10 dzieci, w tym 7 synów, na któ-rych podzielono majątek, a kobietom spłacono ich część. Na tej niewielkiej i podzielonej resztowce z majątku dziadka gospodarowali dwaj bracia, tj. mój ojciec Norbert i starszy od niego o 12 lat Bernard.
Futor nasz leżał na lekkim zboczu, a przeciwległe wzgórze stanowiły tereny ZSRR.
Futor otaczało wiele drzew, szczególnie brzóz, lip i akacji oraz duży i stary (po dziad¬ku) sad owocowy wiśni, czereśni, jabłoni i grusz. Przy samym domu rosły krzewy róż
konfiturowych, jaśminu i bzów w różnych odcieniach oraz maliny i leszczyny. Jabłonie rosnące przy domu (papierówki, oliwki i rajskie) były wyższe od budynków i zimą zamie¬cie śnieżne zasypywały śniegiem dom z dachem do wysokości szczytów koron drzew.
Rano trzeba było kopać tunele, aby wydostać się z domu do budynków gospodarczych czy do pompy po wodę. Zawsze w sieni stały szufle i łopaty. Do miasta, zanim śnieg nie stwardniał tak, żeby można było jechać saniami, jeździliśmy na nartach z ojcem na zmianę. Nieraz całymi tygodniami futor nasz był odcięty od świata przez wielometrowe zaspy śnie¬gu, które całkowicie zmieniały ukształtowanie terenu i łatwo było zabłądzić i przejechać na teren ZSRR.
Do futoru z miasteczka prowadziła droga zwana traktem szczasnowieckim, wzdłuż linii telefonicznej do strażnicy Korpusu Ochrony Pogranicza, a około 3 km istniała tylko wąska dróżka, prowadząca przez pofałdowany teren pól. Wiosenne roztopy i jesienne słoty czy-niły z tej żyznej i ciężkiej ziemi czarnoziemu istne ciasto, z którego z trudem wyciągało się nogi bez butów, bo te zostawały w błocie. Z tych powodów małe dzieci w mojej rodzinie uczyły się w domu i zdawały egzamin do starszych klas, np. ja poszłam do III-ej klasy, a Walentyna do V-ej.
Latem była to kraina mlekiem i miodem płynąca. Owoców było tak dużo, że pozosta¬wały nie zebrane na zimę wiśnie, porzeczki itp. Była u nas taka jedna czereśnia wczesna, że w czerwcu przed końcem roku szkolnego wszystkie dzieci z mojej klasy na niej zbierały owoce, a oprócz pestek pod drzewem śladu zrywania na niej nie było. Dwoje dzieci trzy-mających się za ręce z trudem obejmowało pień tej czereśni.
Czasem my, dzieci, zrywaliśmy wiśnie i sprzedawali w miasteczku po 1 grosz za szklankę. Nie było tam przed wojną zbytu na owoce.
Rodzice nasi nie byli ludźmi bogatymi, ale mądrymi i światłymi, mimo braku szkol¬nictwa polskiego na terenach, będących pod zaborem Rosji w okresie ich młodości. Żyli bardzo zgodnie, tworząc tak rodzinną atmosferę, że nieraz mój brat Wacław i ja, kiedy ojciec nie mógł po nas wyjechać, pieszo - niemal biegliśmy z odległego o 70 km Krze¬mieńca do domu na święta. Rodzice byli nam wzorem szacunku, miłości i pracowitości. Byliśmy tam bardzo szczęśliwi, lecz to przywiązanie do futoru i więź rodzinna zgubiły nas w 1943 r., kiedy zamiast uciekać do Polski centralnej - daliśmy się w dniu 2.VIII. 1943 r. wymordować ukraińskim bandom UPA.
Stryj Bernard miał żonę Aleksandrę z domu Narbutowicz z Wileńszczyzny i czworo dzieci. Najstarszy ich syn, Michał, po ukończeniu państwowego seminarium nauczyciel-skiego w Krzemieńcu pracował do września 1939 r. jako nauczyciel na wsi poleskiej. Był on chorowity i kiedy we wrześniu 1939 r., jako zmobilizowanego oficera (stopień miał z tytułu średniego wykształcenia) złapali go bolszewicy, to z braku odcisków na rękach -przy klasyfikacji jeńców w obozie w Szepetowce - zakwalifikowany na Sybir, był w obozie w Kozielsku i zginął w Katyniu.
Młodszy ich syn, Hieronim, usamodzielnił się wcześnie i opuścił futor, kształcąc się zawodowo w Łomży. Tego zakatowali na śmierć ukraińscy bandyci UPA w listopadzie 1943 r. w Brzeżanach.
Starsza córka stryja, Walentyna, została z rodzicami i aktualnie mieszka w Warszawie, a najmłodszą córkę Emilię kształciła ciotka jej w Warszawie. Emilia, po powrocie z przy-musowych robót w Niemczech, mieszka w Warszawie.
Matka moja, Anna z domu Hornik, pochodziła z Białokrynicy po w. krzemienieckiego i wywodziła się z czeskiej rodziny.
Moi rodzice i my ciężko pracowaliśmy w gospodarce, przy czym ojciec miał dużą pa-siekę pszczół, która na wołyńskich ziemiach, obfitujących w miododajne rośliny (gryka itp.) dawała znaczne dochody, mimo iż wielkiego popytu na miód tam nie było.
Rodzice kształcili dzieci, gdyż gospodarstwo nasze było za małe do dalszego podziału, przy czym naukę zawdzięczamy decyzjom mamy, która uważała, że człowiek wykształcony zawsze sobie poradzi. Najstarszy mój brat, Wacław, po ukończeniu państwowej szkoły średniej (seminarium nauczycielskie) w Krzemieńcu, ukończył oficerską szkołę piechoty i w 1938 r. został promowany na oficera. Wojna 1939 r. zastała go w Piotrkowie Trybunal¬skim, a front w Częstochowie.
Moja siostra, Jadwiga, uczęszczała do gimnazjum spółdzielczego w Krzemieńcu, a ja do wybuchu wojny w 1939 r. ukończyłam jedną klasę gimnazjum im. Tadeusza Czackiego w Krzemieńcu. Najstarsza moja siostra, Weronika, skończyła kurs pielęgniarski PCK, a najmłodszy brat Ryszard miał gospodarować na futorze.
Mieszkaliśmy około 70 km od Krzemieńca i było nam bardzo ciężko w szkole średniej, gdyż opłacało się wtedy i za naukę, i za internat. Brat mój nieraz spał pod mostem, gdy ojciec na czas nie zapłacił internatu. Brat udzielał też korepetycji, by móc skończyć szkołę.
Pamiętam, jak w 1938 r., kiedy zdałam do gimnazjum, ojciec kupił mi nowe pantofle za 8 zł (zawsze nosiłam po starszych siostrach). Były to najtańsze pantofle firmy „Bata" (na tekturze) i na to ojciec musiał sprzedać 100 kg zboża. Buty takie kupowało się do trumny.
Ja w gimnazjum otrzymałam częściowe stypendium za dobra wyniki w nauce. Tak bar-dzo pragnęłam się uczyć i byłam taka dumna, że mogę chodzić do szkoły średniej. Marzyła mi się szkoła muzyczna i operetka. Za moją naukę płacił już mój brat, Wacław, bo był po promocji.
Z jakąż niecierpliwością we wrześniu 1939 r. spakowane już do wyjazdu do Krzemień-ca, oczekiwałyśmy z siostrą Jadwigą zawiadomienia o rozpoczęciu roku szkolnego, które już nigdy nie nadeszło.
Rozpoczęcie przez Niemcy wojny w dniu 1.IX. 1939 r. i ich szybki marsz na wschód bardzo nas niepokoiły, lecz jeszcze bardziej zaczęliśmy bać się, słysząc nocami ryk silni-ków, dochodzący zza pagórka, od strony radzieckiej wsi Sczasnówka, odległej od futoru około 4 km. Rodzice moi pamiętali z poprzedniej wojny, jak wielokrotnie bolszewicy sta-wiali ich „k-ścienkie" (pod ścianą) i obrabowali z ostatniej bielizny. Dwudziestoletniemu wówczas stryjkowi Kazimierzowi na oczach dziadka szablą ścięli głowę.
Futor nasz leżał nad samym pasem granicy polsko-radzieckiej do 1939 r., a pas ten, sze¬rokości około 10 m, był stale bronowany i pilnowany przez patrole bolszewików, chodzą¬cych wzdłuż granicy z karabinami zakończonymi bagnetami. Pilnowali, by szpiedzy nie przekroczyli granicy ich „raju".
Z polskiej strony granicy strzegli żołnierze KOP ze strażnicy odległej od futoru o 1,5 km na zachód, której dowódcą był plutonowy Błażej Durawa oraz z wież obserwacyjnych, rozmieszczonych co parę kilometrów. W promieniu 3 km od futoru nie było żadnego osie-dla ani gospodarstwa. Na zachód od futoru w odległości 5-7 km znajdowały się gospodar-stwa osadników wojskowych na tzw. Weteranówce, a na północnym wschodzie na tzw. Dębinie mieszkali z dziada pradziada Kozubscy, Niepoczętowscy i Rosjanin Siedielnik oraz bardzo biedny osadnik wojskowy Fabian Staniszewski.
Obok nas na futorze mieszkał sąsiad Ukrainiec Fedosiuk z rodziną. Zabudowania jego stykały się niemal ze stodołą stryja Bernarda, a ogrody graniczyły ze sobą. Kiedyś Ukraiń-cy ci pracowali w gospodarstwie dziadka. Ich syn, Aleksander Fedosiuk, był kolegą szkol-nym mego starszego brata Wacława i razem skończyli w 1935/36 r. państwową szkołę średnią w Krzemieńcu. Aleksander za wystąpienia nacjonalistyczne Ukraińców w Zbarażu został w 1939/40 r. wywieziony na Sybir, skąd na mocy porozumienia radzieckiego z gen. Sikorskim - podając się za Polaka - powrócił na futor.
Był wczesny, szary świt 17 września 1939 r. Zbudził nas szum i huk motorów docho-dzący od wschodniej strony z terenów Rosji. Było ciemno. Nikt z nas nie wiedział o nie-miecko-radzieckim pakcie z sierpnia 1939 r. o rozbiorze Polski i myśleliśmy, że to wojska niemieckie przeszły już na tereny radzieckie.
Ojciec wyszedł na dwór i za chwilę wrócił przerażony i mówi:
Dzieci, - to już koniec z nami, to bolszewicy, bo słychać jak klną. Stoją na całym wzgó-rzu.
0 godzinie 5-ej rano padł pierwszy strzał i cała chmara wojska radzieckiego ruszyła jak szarańcza polami na zachód, bez żadnych dróg czy traktów, lecz omijając futor. Słychać było strzały od strony strażnicy KOP.
Tak się dopełnił kolejny rozbiór Polski.
Najpierw jechało trochę czołgów, następnie ciężarowe samochody z wojskiem i armat-kami, a potem kawaleria i piechota. To był obraz nędzy i rozpaczy! Małe koniki, a na nich zarośnięci i brudni ludzie o wyglądzie Tatarów, bez butów, a tylko w kaloszach i owija-czach. Co piąty z nich miał karabin na parcianym pasku.
Około południa zajechał do nas na futor patrol radziecki z oficerem, który trącając ba-gnetem w obudowę kieratu konnej sieczkarni, zapytał:
Czto eto, - pulemiot? (co to, karabin maszynowy?)
Ojciec był bardzo wystraszony i pokazał co to jest za urządzenie. Oficer powiedział po rosyjsku: „ Wy nie bójcie się, my was oswobodzili".
Ojciec zapytał: „Od kogo nas oswobodziliście?". A on na to: „Od wsi ech sw o foczej Mościckich i Piłsudskich, my ich wsiech rozbrasywali"'. tj. pozrzucali ich portrety w urzę-dach miast.
Ludność ukraińska w miasteczku, stanowiąca większość i biedniejsi Żydzi witali bol-szewików chlebem i solą oraz bramami triumfalnymi. Niszczono w pierwszej kolejności bibliotekę, a książki polskie palono. Część z nich Polacy wygrzebali i później pożyczali¬śmy między sobą w Białozórce i sąsiedniej wsi Mołotkowie.
Tak się skończyło moje szczęśliwe dzieciństwo i marzenia o nauce i przyszłości.
W parę dni po wkroczeniu wojsk radzieckich byłam z ojcem w miasteczku, kiedy pę-dzono jeńców polskich na wschód, w kierunku wsi radzieckiej Szybenna - do Szepetówki. Byli tam kobiety i mężczyźni w różnym wieku, w mundurach i ubraniach cywilnych. Szli pieszo, całą szerokością ulicy. Po bokach, eskortując ich, szli „bojcy" uzbrojeni w karabiny i nie pozwolili nam nawet podejść do jeńców. Ludzie ci byli straszliwie zmęczeni. Po raz pierwszy widziałam ludzi śpiących w marszu. Byli głodni, więc dzieci rzucały im bułki i chleb. Z urywków zdań dowiedzieliśmy się, że to byli Polacy, uciekinierzy przed Niemca¬mi i pochodzili z centralnej Polski.
W naszym miasteczku sklepy, stanowiące własność Żydów, były zamknięte, a zapasy, szczególnie soli, nafty i mydła, wyczerpały się. Nie było gdzie kupić obuwia ani odzieży, wiec przerabiano z ojca i dziadka co się tylko nadawało.
Przyszła zima 1939/40 r. i zaczęto wywozić Polaków na Sybir. W pierwszej kolejności wywieziono rodziny wojskowych, urzędników, nauczycieli, osadników wojskowych i chodzących w mundurach (gajowych, listonoszy oraz tzw. kułaków). Z osadników woj-skowych pozostało w Białozórce dwóch synów B os akowski ego, tj. mój kolega szkolny, 14-letni Zbyszek i jego młodszy brat, 12-letni Edmund, przebywający tam bez rodziców na wakacjach oraz wielodzietna rodzina bardzo biednego Fabiana Staniszewskiego, a także żona komendanta strażnicy KOP Durowa. Miała ona małą córeczkę Janinę i sama była w ciąży. Zostały one tylko w ubraniu, gdyż zaraz po przejściu wojsk radzieckich Ukraińcy zrabowali ich mienie.
Siedzieliśmy na futorze spakowani na workach z sucharami chleba i czekali, kiedy Ukraińcy podjadą saniami i rozkażą „sobirąj wieszczy" (zbieraj rzeczy), by w ciągu 15 minut zabrać nas i wywieźć na „białe niedźwiedzie".
Durawową wzięli do siebie jedni z bogatszych gospodarzy w Białozórce, St. Strzysz-kowscy, gdzie mieszkała aż do wywiezienia jej w lutym 1940 r. na Sybir. Stanisław Strzyszkowski, który był moim stryjem (moja babka i jego ojciec byli rodzeństwem) i chrzestnym ojcem, w grudniu 1939 r. zabrał do siebie i zaopiekował się Zbyszkiem Bosa-kowskim i jego młodszym bratem Edmundem. Czasem bywaliśmy z ojcem u Strzyszkowskich, lecz jego żona nie dała się lubić. Właściwie żyliśmy odosobnieni na futorze w przy¬jaźni z rodziną Kozubskich i Niepoczętowskich.
Rosjanie słabiej strzegli przedwojennej granicy z Polską, więc wybrałam się w grudniu 1939 r. wraz z młodszym 10-letnim bratem Rysiem na nartach do odległej o 4 km radziec-kiej wsi Sczasnówka, by za jajka i masło wymienić w tamtejszej kooperatywie potrzebną nam sól, naftę i mydło, bo praliśmy już ługiem z popiołu drzewnego.
Byłam wówczas mała, szczupła, a z warkoczami wyglądałam jak dziecko. Miałam na sobie szkolną bluzę, granatową z oksydowanymi guzikami i tam długo musiałam ludziom tłumaczyć, że to nie mundur organizacji, tylko ubiór szkolny.
W Sczasnówce zastała nas śnieżyca i musieliśmy przenocować. Przyjął nas najbogatszy człowiek we wsi, krawiec w kooperatywie. On pamiętał naszych rodziców z futoru i przy¬jął nas serdecznie. Kupił od nas nasze produkty, a za te pieniądze kupiliśmy w kooperaty¬wie potrzebne nam towary. Bieda w tej wsi była straszna. Nigdzie chlewika ani żywego inwentarza, psa czy kota. W domu krawca zamiast łóżka na wbitych w ziemię słupach leżało parę desek, a na nich słoma przykryta radnem. Nie było żadnej poduszki, kołdry czy koca. Tam spali gospodarze. My z ich dwojgiem dzieci siedzieliśmy na piecu chlebowym tzw. zapiecku, nasłuchując ze strachem wycia wichury. W piecu palono słomą i gotowano w specjalnych garnczkach kolację. Na zapiecku było ciepło. Byliśmy głodni i zziębnięci, ale tego, co było na kolację, nie dało się jeść. Były to całe buraki pastewne, bez żadnej okrasy, przyprawy i smaku. Zarówno w ich kooperatywach, jak i domach nie było nic do jedzenia, ani mąki, kaszy, chleba czy ziemniaków - nie mówiąc o mięsie i wędlinach.
Później jeszcze kilka razy jeździłam z ojcem do sąsiedniej wsi Szybenny i do miast Jampola i Szepetówki. Wszędzie była bieda i głód. Kooperatywy niemal puste, a ludzie ubrani w bezbarwne, wypłowiałe drelichy, a zimą w watowane „kufajki" i kalosze. W wielkiej tajemnicy opowiadali o głodowej śmierci tysięcy ludzi w okresie kolektywizacji wsi i kryzysu gospodarczego z lat 1929/33.
Pamiętam, jako dziecko widziałam przed wojną całe łany dojrzałej pszenicy na wzgó¬rzu radzieckim, którą zasypywał śnieg i nikt jej nie zbierał.
W 1939/40 r. ludzie radzieccy zaczęli się przekradać do nas i kupować od Żydków tka-niny, a od nas zboże, które po kryjomu nosili na plecach do siebie i tam mełli na żarnach, gdyż młyny tam zlikwidowano, a i żarna milicja im rozbijała, by nie kradli z kołchozu zboża na placki, zastępujące chleb.
Tej nędzy komunistycznego „raju" nie da się opisać!
Przerażeni grożącą nam nędzą i wysyłką na Sybir, nasłuchiwaliśmy wieści z frontu wschodniego i oczekiwaliśmy klęski wojsk radzieckich. Nastąpiło to w naszym miasteczku 11 lipca 1941 r. Otaczające futor łany żyta i pszenicy stały dojrzałe do zbioru. W radiu podawano komunikaty o zwycięstwach wojsk radzieckich w bitwach o Tarnopol.
W południe, od zachodu z kierunku Tarnopola, dały się słyszeć strzały armatnie, a kie¬dy koło nas zaczęły fruwać odłamki pocisków, wypuściliśmy bydło z uwięzi i rozpierzchli¬śmy się na wszystkie strony w pola. Ja z mamą znalazłam się na miedzy pomiędzy żytem a wysokimi konopiami, gdy nagle naprzeciw nas wyjechał na koniu oficer radziecki w skó-rzanej kurtce i, mierząc do nas z pistoletu, wrzasnął: „Gawari gdie Niemcy, bo ubju!" (mów, gdzie Niemcy, bo zabiję).
Mama, rwącym się ze strachu głosem, mówi po rosyjsku, iż nie wiemy, bo od rana sły-chać strzały armatnie od strony Tarnopola, a tuż za naszym futorem, te łany żyta na pagór¬ku - to ziemie radzieckie i dalej już są ich wsie.
Zagroził, że jeśli kłamiemy - to wróci i zabije. Nie wrócił. Nagle, bardzo nisko nadle¬ciały samoloty niemieckie, które z karabinów maszynowych siekły do pieszo uciekających w popłochu żołnierzy wojska radzieckiego, jak do zajęcy. Całe wzgórze pokryły radzieckie trupy. W parę dni później ludzie ze Sczasnówki zakopywali je na tym pagórku.

Wieczorem wielu żołnierzy radzieckich, rannych, z obtartymi do ran nogami w czasie marszu-ucieczki do Tarnopola, schroniło się w naszej stodole. Byli to młodzi ludzie, a jeden z nich z Syberii miał babkę Polkę. Siostra moja Weronika opatrzyła im rany, nakar¬miliśmy ich i dali stare ubrania, by mogli dojść do swoich, radzieckich ludzi. Tłumaczyli¬śmy im, że nie możemy ich schronić przed Niemcami, gdyż mieliśmy sąsiada Ukraińca, który mógł donieść Niemcom, a za to groziła nam śmierć. Poszli. Na drugi dzień Niemcy przeszukiwali teren i dobijali rannych żołnierzy radzieckich, a wśród nich i tego 19-letniego sybiraka - niedaleko od futoru.
Po ucieczce armii radzieckiej ze wschodnich ziem przedwojennej Polski, tj. z woj. sta-nisławoskiego, Podola, Wołynia, Polesia i Wileńszczyzny - wkroczyli tam Niemcy. Ukra¬ińcy, którzy na Podolu i Wołyniu stanowili większość - współpracowali z Niemcami. Utworzyli urzędy i milicję ukraińską, którą Niemcy uzbroili, a broni tej Ukraińcy użyli m.in. w 1943 r. do mordowania Polaków. Ukraińcy uczestniczyli w likwidacji Żydów i rabowali ich mienie. Typowali i wywozili Polaków oraz bogatych i niewygodnych Rosjan i Ukraińców na roboty do Niemiec, ściągali podatki i kontyngenty zboża itp. dla Niemców.
Zycie Polaków w naszym miasteczku powoli zamierało. Spotykaliśmy się najczęściej w kościele, gdzie śpiewaliśmy w chórze kościelnym. Proboszczem naszym był młody ksiądz Władysław Terlikowski, który podtrzymywał nas na duchu.
Latem 1942 r. odtransportowano na stację kolejową do Krzemieńca wytypowanych do wywiezienia na roboty do Niemiec z Białozórki i okolic.
Zabrano wówczas moją siostrę Weronikę, ale uciekła ona z transportu w Krzemieńcu i do maja 1943 r. ukrywała się w górach u rodziny i znajomych w okolicy Krzemieńca, Za-brano też mieszkającą blisko futoru córkę bogatego Rosjanina Raisę Siedielnikow oraz Feliksa Lewieckiego z Mołotkowa. Lewiecki krótko przed wojną ukończył szkołę średnią w Krzemieńcu i był kolegą mojej siostry. Nieraz przychodzili wraz ze Stanisławem Stybcl-skim na futor odległy ponad 10 km od Mołotkowa. Wymienialiśmy książki i dyskutowali o ciężkich losach naszej ojczyzny.
Przed wysyłką do Niemiec przyszli obaj pieszo do nas na futor. Było to bardzo ser-deczne, lecz smutne ostatnie spotkanie młodzieży, na którym deklamowano wiersze i śpie-wano piosenki. Było to pożegnanie grupy starszej młodzieży polskiej inteligencji naszego miasteczka.
Wkrótce wytypowano i zabrano do Niemiec córkę stryja Bernarda - Emilię i moją dru¬gą siostrę Jadwigę, która uciekła z transportu na stacji kolejowej w okolicach Krakowa i zatrzymała się u brata Wacława w Jędrzejowie w woj. kieleckim, gdzie on pracował jako robotnik melioracji. Brat jako przedwojenny oficer WP ukrywał się przed Niemcami i często zmieniał miejsce zamieszkania.
Na futorze zostałam ja i 12-letni mój brat Ryszard z rodzicami. Bardzo ciężko praco-waliśmy, gdyż za żadne pieniądze nic można było nikogo wynająć do pomocy. Ręce mi popuchły od sierpa, którym zbieraliśmy zboże za wysokie do koszenia kosą, tak że nie mogłam utrzymać grzebienia czy łyżki. Od formowania snopów z wysuszonych pokosów owsa i jęczmienia miałam całe nogi w ranach.
Zimą 1942/43 r. rodzice moi przygarnęli małżeństwo nauczycieli Kazimierę i Romana Marszałowiczów, gdyż nie mieli z czego żyć, a Roman był kolegą szkolnym mojego brata Wacława z seminarium w Krzemieńcu. W maju 1943 r. Marszałowiczowie przekradli się przez granicę ukraińsko-galicyjską w Koszlakach i pojechali do rodziny w woj. rzeszow-skim.
Wiosną 1943 r., kiedy w Mołotkowie zabito żonę i dzieci pracującego w Krzemieńcu Brandta, ściągnął on wojsko niemieckie z Krzemieńca i dokonali pacyfikacji ludności pol-skiej i ukraińskiej Mołotkowa. Palono wszystkie domy, a ludzi rozstrzeliwano. Niektórzy Niemcy litowali się nad kobietami polskimi i pozwalali im uciec, zabijając wszystkich mężczyzn.
Tak zabito ojca i młodszego brata Feliksa Lewieckiego, Stanisława, mojego szkolnego kolegę. Pozwolono uciec jego matce i siostrze Helenie, które przedostały się do Galicji, gdzie było spokojniej, z uwagi na istniejące tam posterunki niemieckie.
Było to prawdziwe piekło, a osmalone, obrzęknięte trupy ludzi w Mołotkowie leżały przez klika dni. Byłam tam z ojcem.
W maju 1943 r. przez granicę galicyjsko-ukraińską w Koszlakach wrócił na futor mój starszy brat Wacław wraz z ciężarną żoną i 1,5 rocznym synkiem oraz z siostrą Jadwigą. Wróciła też do domu z tułaczki po górach krzemienieckich moja siostra Weronika. Uciekła ona przed ukraińskimi bandami UPA, które w tamtych okolicach nocami paliły już gospo-darstwa i osiedla polskie.
Co było powodem powrotu na tereny wschodnie mojego brata Wacława - nie wiem. Czy zmęczyła go ciągła ucieczka przed niemieckimi łapankami, gdy ukrywał się w War-szawie, Częstochowie i województwie kieleckim, czy ciężkie warunki materialne jego rodziny, czy też dostał takie polecenie od AK? Brat po powrocie do domu często rozma¬wiał z ojcem, a potem wychodził wieczorami i wracał późną nocą.
Latem 1943 r. Ukraińcy wywiesili na murach, drzewach i słupach ogłoszeniowych w miasteczku oświadczeń i a-odezwy do Polaków o tym, że „Ukraina będzie w granicach etnograficznych". Zrobiło się bardzo niespokojnie. Nocami na horyzoncie w stronie za-chodniej widoczne były dalekie łuny pożarów.
Którejś nocy w końcu lipca 1943 r. zjawił się na futorze nasz ksiądz w cywilnym bra¬niu. Był wystraszony, bo został uprzedzony o zamiarze zamordowania go przez bandę ukraińską, więc uciekał w stronę Koszlak. Ksiądz usiłował namówić mego ojca do ucieczki do centralnej Polski, lecz ojciec mój bał się, że umrzemy tam z głodu i chciał choć trochę zboża zebrać.
My z siostrami prosiłyśmy o pozwolenie na ucieczkę, lecz zdecydował tu głos najstar-szego brata Wacława (znającego świat), który sprzeciwił się temu, twierdząc, iż nie damy sobie rady.
W niedzielę pierwszego dnia sierpnia 1943 r. dzień był parny i nawet słońce było za-mglone. Chodziliśmy na futorze przygnębieni, unikając się nawzajem. Księdza już nie było, więc i do kościoła nic poszliśmy. Wieczorem, jak zwykle, przyszedł do nas sąsiad Ukrainiec Aleksander Fedosiuk. Brat mój Wacław w rozmowie z nim powiedział, iż czasy są niespokojne, lecz my nikomu krzywdy nie zrobiliśmy, więc gdyby nam groziło niebez-pieczeństwo - to przez wieloletnią przyjaźń - Aleksander nas uprzedzi, to my wyjedziemy do Polski Centralnej. On to potwierdził, a o 2.00 w nocy przyszedł wraz z uzbrojonym oddziałem bandytów UPA, by wymordować całą moją rodzinę.
Tragedii nocy z I-go na 2-go sierpnia 1943 r. nie da się zapomnieć. Część mojej rodzi-ny, tj. ojciec, matka, dwie siostry i najmłodszy brat spaliśmy od wielu dni w stodołach i szopach na sianie. Obudziło nas światło latarek i rozkaz w języku rosyjskim, by udać się do mieszkania w celu przeprowadzenia rewizji, bo podobno u nas jest broń. Z uwagi na upały byliśmy w skąpej bieliźnie nocnej, tylko mama wsunęła nogi w buty.
Idąc pod eskortą uzbrojonych bandytów ścieżką wśród krzaków malin od budynków gospodarczych do mieszkania, widziałam, że wszystkie okna w domu zostały obstawione przez uzbrojonych ludzi.
W mieszkaniu obudzili mego brata Wacława i kazali się zebrać w jednym pokoju, by im nie przeszkadzać w rewizji.
Było nas 12 osób, tj. 10 z mojej rodziny i stryj Bernard z żoną. Bandyci cały czas mó-wili po rosyjsku, podszywając się pod partyzantów radzieckich i dopiero kiedy powiedzieli „bliże k-ścienkie" i „wy chotite samos tijnej Ukrainy" (my Polacy) zdaliśmy sobie sprawę kto to jest i że to koniec.
Zobaczyłam pobladłą twarz mamy i nawet nie zdążyliśmy odpowiedzieć, gdy od drzwi z przedpokoju padły ze trzy serie strzałów z karabinu maszynowego. Z odległości 2-3 m widziałam błyski w czasie strzałów. Zestrzelone światło lampy naftowej, stojącej na stole przed nami, pogrążyło pokój w ciemnościach i straciłam przytomność.
Gdy się ocknęłam - modliłam się. Leżałam na podłodze pod czyimś ciężkim ciałem, które może w ostatnich konwulsjach wciągało mnie pod siebie. Słyszałam jego charczący oddech, jęki konających i kilkakrotny krzyk mojego 14-letni ego brata Rysia „Ja tak nie chcę". Nie bolało mnie nic, a kiedy uniosłam głowę, zobaczyłam na tle światła w pokoju stryja (za przedpokojem), że nikogo nie ma w przedpokoju. Bandyci rzucili się w tym cza-sie do rabunku u stryja i w budynkach gospodarczych.
Chyba instynktem życia wiedziona - wstałam i niemal po kostki brodząc we krwi, prze-ślizgnęłam się przez drzwi boczne do kuchni. Tam przez tapczan stojący przy oknie wy-chodzącym na ścieżkę do budynków gospodarczych, nie zastanawiając się. wyskoczyłam i wpadłam w krzaki malin tuż obok tej ścieżki. Na tapczanie do bosych i mokrych od krwi stóp przy kleiła się poszewka z pościeli, a na oczy spływała mi krew z rany głowy.
Nic wówczas nic myślałam, bo gdyby działał zdrowy rozsądek, to przecież widziałam wcześniej obstawione okna domu i nie próbowałabym lam uciekać. Wyskakując przez okno, widziałam łunę ognia w stronie zamieszkania rodziny Kozubskich.
Byłam jak zaszczute zwierzę. Leżałam odrętwiała ze strachu, gdy nagie usłyszałam bie-gnących i klnących po ukraińsku bandytów, a równocześnie strzał nad moją głową. W jednej sekundzie pomyślałam, że mnie odkryli i skuliłam się, czekając ciosu, ale oni wów-czas zobaczyli dalej moją siostrę Jadwigę uciekającą do krzaków róż i jaśminów. Zabili ją i później podpalili.
Po tym fakcie bandyci wrócili do pokoju trupów. Zapalili knot lampy i zabili płaczące w kołysce 8-dniowe dziecko Wacława oraz zdjęli buty z nóg mojej matce, leżącej na tap-czanie pod ciałem Wacława, myśląc, że jest ona trupem. Dali jeszcze dwie serie strzałów po trupach i kończąc rabunek odzieży, pościeli itp. w domu oraz maszyn i inwentarza ży-wego w budynkach gospodarczych - podpalili je i odjechali.
Słyszałam pojedyncze detonacje koło płonących budynków magazynu - to była amuni¬cja Wacława, pseudonim „Gołąb", który był dowódcą organizowanego oddziału AK. aleja o tym nie wiedziałam i myślałam, że jeszcze bandyci działają.
Rana na głowie zaschła i tylko coraz bardziej bolała mnie prawa noga, gdyż miałam trzy kule w udzie, które, jak się w Kosz lak ach okazało, nic naruszyły kości.
Komary, czując krew, bzykały nade mną, a kiedy był już dzień, zdecydowałam się wyjść i szukać pomocy. Idąc koło domu, widziałam przez wybite okno ciało zabitego brata Wacława, opartego o ścianę z ranami na skroni, roztrzaskaną główkę 8-dniowego dziecka w kołysce i nikt nie odezwał się na moje wołanie. Widziałam leż dopalające się zwłoki mojej siostry Jadwigi leżącej koło jaśminów. Myślałam, że zostałam tylko sama i nie wie-działam co robić.
Kuśtykałam okrwawiona jak upiór w stronę budynków sąsiada Ukraińca, gdy nagle spoza drzew z podwórza sąsiada usłyszałam krzyki i głosy mojej bratowej Marii: „Mamusiu - Giną żyje!" (tak mnie w rodzinie nazywano).
Nie da się opisać rozpaczy matki po stracie dzieci i tak dobrego męża. Wyglądała jak nieprzytomna czy obłąkana. Nikt z nas nie płakał, bo z bólu chyba łzy wyschły.
Ukraińcy - sąsiedzi z Aleksandrem Fedosiukiem stali ze spuszczonymi głowami, a na-przeciw nich w bieliźnie stały: chora (po połogu) bratowa Maria z wylęknionym półtora-rocznym synkiem (w koszu I ince) na ręku. moja mama oraz na ziemi leżała ranna w nogę żona stryja Bernarda. Wyszli oni z pokoju trupów, kiedy mama zawołała: „ Wstawajcie kto Żywy!".
Odezwał się wówczas żyjący jeszcze stryj Bernard i prosił: „Ciągnijcie mnie, ja nie chcę się spalić". Kobiety z trudem wyciągnęły go przed dom, bo był w stanie agonii i gło¬wa stukała po schodach. Miał wiele ran na piersiach i odstrzeloną za kostką prawą rękę. To on mnie zasłaniał i zagarniał ręką pod siebie, a kula, która mnie raniła w głowę, urwała mu rękę. Zaraz też umarł.
W czasie tej masakry nawet niespełna dwuletni synek Wacława, przygnieciony na tap-czanie ciałem zabitego swego ojca i leżącej babci, tj. mojej mamy, zaczął płakać, a kiedy ta szepnęła mu: „Nie płacz, babcia jest przy tobie" do końca masakry nie odezwał się, a na wezwanie babci wstał jak duszek blady i przestraszony. Przez wiele tygodni dziecko to nie odezwało się i nie zapłakało. Milczało jak nieme i tylko nie dało od siebie odejść.
Nikt z Polaków nie przyjechał z miasteczka (Białozórki) i nie zainteresował się nami. Z późniejszych informacji Polaków, uciekinierów z Białozórki, udzielonych mi w Koszla-kach wynika, iż w nocy z I-go na 2-go sierpnia 1943 r. został wysłany na futor jakiś szewc, który miał nas uprzedzić o planowanym napadzie, lecz on nie przyszedł.
Rano 2-go sierpnia 1943 r. wróciła do domu na futor córka stryja Bernarda - Walenty-na, która tragicznej niedzieli była u koleżanki w miasteczku. Moja mama zawsze była energiczna, a teraz zdając sobie sprawę, że musi nas uratować - oblewając przedtem wodą z beczek stojących koło pompy palące się okno - wskoczyła do mieszkania po resztki odzie¬ży i płótna do opatrzenia ran, ale tam już nic nie było. W sadzie, graniczącym z sąsiadem Fedosiukiem, znalazła trochę naszego ubrania, które bandyci zagrabili i niosąc zgubili.
Przy pomocy dzieci bardzo biednego osadnika wojskowego Staniszewskiego i rodziny Nicpoczętowskich, mieszkających o parę kilometrów od futoru, mama skręciła ze sznur-ków uprząż do starego wózka, stojącego w szopie przy budynkach ukraińskiego sąsiada (i dlatego nie spalonej).
Dzieci Staniszewskiego odnalazły i przyprowadziły pasącą się na łące starą klacz-cmerytkę, którą mama zaprzęgła do wózka. Na nim położono ranne kobiety i dziecko, przywiązano jedyną krowę, która wyrwała się bandytom, a same idąc pieszo mszyły do odległych około 10 km Koszlak. Na pożegnanie mama powiedziała Ukraińcom, by im Bóg zapłacił za to, co nam zrobili.
Gdybyśmy zostali w futorze do wieczora, bandyci na pewno zabiliby nas, tak jak wielu Polaków, którzy nie zdążyli uciec z Białozórki.
Około południa dotarłyśmy do Koszlak. a tam Polski Komitet Opieki nad Uchodźcami, przy pomocy żołnierzy niemieckich udzielił nam pomocy lekarskiej i zaopiekował się na¬mi, a w następnym dniu odtransportowano nas do Zbaraża.
Paru Polaków za zgodą Niemców pojechało z Koszlak na futor i do gospodarstwa Ko-zubskich, ale tam już nikt nie żył. Nasz ukraiński sąsiad Fedosiuk uciekł z rodziną z futoru, bojąc się zemsty, lecz nikt z Polaków na nich się nie mścił.
Ci sami bandyci w tę samą noc 2 sierpnia 1943 r. wymordowali rodzinę Kozubskich, zabijając Narcyza, jego żonę Helenę i 18-letnią córkę Emilię. Uratował się tylko najmłod¬szy ich syn Apolinary, który słysząc nadchodzących bandytów uciekł i schronił się na drzewie. Nie odezwał się on, kiedy na polecenie Ukraińców ojciec go wołał. Obecnie mieszka w Rzeszowie. Żyje też z tej rodziny starszy syn Henryk, którego w 1940/41 za¬brali Sowieci do wojska. Obecnie mieszka w Kanadzie.
Rozbitkami z mojej rodziny zaopiekował się syn stryja Bernarda, Hieronim Pózichow-ski. który zabrał nas do Brzeżan, gdzie pracował w majątku.
Bratowa Maria wraz z synkiem wyjechała do swoich rodziców w Częstochowie, a my zostałyśmy w Brzeżanach. Rozpoczęłam pracę w biurze ewidencji junaków, lecz byłam nieprzytomna i odrętwiała. W końcu listopada 1943 r. opiekun nasz, Hieronim, pojechał rano do pracy w majątku koło Brzeżan i już nie wrócił. Od jednego z pracowników dowie-działam się, że ukraińska banda zakatowała go na śmierć w drutach kolczastych i nawet ciała nie wydali. W grudniu 1943 r. przy pomocy PKOnU w Brzeżanach stryjenka z córką Walą wyjechały do Warszawy, a ja z mamą pojechałyśmy do Dęby k. Tarnobrzega do kolegi mego brata Wacława - Romana Marszałowicza.
Z wiciu rodzin polskich nikt nie ocalał, a majątek ich Ukraińcy zrabowali i zniszczyli.
Bez wieści zginęła z rąk Ukraińców w maju 1943 r. trzyosobowa rodzina Tyszkiewi¬czów w Białozórce - Dębinie. Także czteroosobowa rodzina mojego stryja Romana Pózi-chowskiego z Wiśni owe a w pow. krzemienieckim.
Tak tworzyli Ukraińcy „tereny etnograficzne Ukrainy", a ziemie wołyńskie użyźniali krwią pomordowanych Polaków, żyjących tam z dziada pradziada. Ofiary te nie mają dziś mogił ani krzyży. Nikt o nich nie wie, a niedługo świat i młode pokolenie zapomni, kto kogo mordował: Ukraińcy Polaków, czy Polacy Ukraińców?
Co zawiniło Ukraińcom nasze pokolenie Polaków? Nikt z mojej rodziny czy znajomych nie zamordował Ukraińca, ani nie zrabował jego mienia.
Jak można mówić o „ich odwecie", rozrachunkach, czy domagać się przez Ukraińców choćby moralnego zadośćuczynienia i przebaczania nam Polakom?
Za co zadośćuczynienie? Za zbrodnie ludobójstwa i bestialstwo wobec Polaków oraz za przelaną krew niewinnych ludzi i dzieci polskich w 1943 r. i nie tylko, a także za zagarnię-cie ich mienia?
Co mają oni mnie wybaczać? To, że żyję, że mnie wtedy nie zabili i pozbawili mnie wszystkiego? Komu tu należy się zadośćuczynienie?
Ja pamiętam, że Ukraińcy w okresie XX-lccia międzywojennego (do 1939 r.) w Polsce mieli w państwowych szkołach lekcje własnego ukraińskiego języka, religię prawosławną w języku ukraińskim, własne cerkwie, seminaria duchowne, zakony i majątki. Mieli takie same uprawnienia do konkursowego egzaminu i nauki w państwowych szkołach średnich jak Polacy, a dostać się do gimnazjum było trudniej niż dziś na studia wyższe.
Czym się odpłacili Polakom ci wykształceni w Polsce Ukraińcy? Świadczą o tym zbrodnie przez nich dokonane w 1943 r. na polskiej ludności kresowej, a także napady na żołnierzy WP w 1939 r. i późniejsze w Bieszczadach, już w PRL.
Przez te 47 lat od 1943 r. nie pisałam na temat zbrodni ukraińskich na Wołyniu, wiedząc, że i tak moich najbliższych nikt mi nie zwróci i krzywd nie naprawi, ale wo¬bec coraz częstszego głoszenia przez środki masowego przekazu i prasę o „odwetowych krwawych zmaganiach Polaków i Ukraińców" i wspaniałomyślnego „przebaczania Polakom doznanych krzywd" - postanowiłam, dając świadectwo prawdzie, przekazać wspomnienia z moich przeżyć.
Niech one - choć stanowią tylko fragment tragedii Polaków - zostaną wykorzystane dla zapobieżenia fałszowaniu historii z tego okresu i aby z Polaków nie zrobiono morderców narodu ukraińskiego.

P.S.
Mimo pozbawienia mnie domu, ziemi i rodziny i choć, jako najmłodsza w rodzinie, miałam najmniejsze przygotowanie do samodzielnego życia w Polsce - nie umarłam z głodu.
Nieraz było bardzo ciężko, ale pracowałam, utrzymywałam matkę, założyłam rodzinę i, zarówno sama, jak i moich dwoje dzieci ukończyliśmy studia wyższe.
Nie otrzymałam żadnej rekompensaty, a w moich stronach rodzinnych nie byłam od 1943 r., bo nie mam do kogo wrócić.

*******
W/w wspomnienia - plik pdf


Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 25
Najnowszy użytkownik: JerryPam
STOWARZYSZENIE
CELE STOWARZYSZENIA
ZAŁOZYCIELE
ZARZĄD
STATUT
DOKUMENTY
SPRAWOZDANIA
UROCZYSTOŚĆ 11-07-2009
WYBRANY PROJEKT POMNIKA
HONOROWY PATRONAT
ODSŁONIĘCIE POMNIKA
FOTOREPORTAŻ -17.09.2011
FUNDATORZY
KRONIKA STOWARZYSZENIA
70.ROCZNICA RZEZI WOŁYŃSK.
W PAROŚLI I SARNACH
POGRZEB PO 70 LATACH
ZŁOTY MEDAL DLA PREZESA
I MARSZ PAMIĘCI SYBIRAKÓW
DYPLOM DLA ST.SENKOWSKIEGO
72.ROCZNICA RZEZI WOŁYŃSKIEJ
DĘBY PAMIĘCI
73.ROCZNICA RZEZI WOŁYŃSKIEJ
Lokalizacja pomnika
LOKALIZACJA

Pomnik zostanie wzniesiony u zbiegu Al. Piłsudskiego i ul. Wołyńskiej.
Lokalizacja pomnika>>

PUBLIKACJE-WSPOMNIENIA
Dzieci Kresów III

Dzieci Kresów to zbiór wspomnień osób które jako dzieci lub b. młodzi ludzie przeżyli gehennę ukraińskiego ludobójstwa. Publikacja Lucyny Kulińskiej godna polecenia.
O AUTORCE >>
SŁOWO WSTĘPNE >>
JEDNO WSPOMNIENIE >>
WSPOMNIENIA p. Kozioł >>
POSŁOWIE>>

--------------------------------
EWA SIEMASZKO
ZAGŁADA KOROŚCIATYNA
WIGILIA 1944 -J. Białowąs
KRZYŻE Z PRZEBRAŻA
POGRZEB PO..-J.Białowąs
BÓG WTEDY PATRZYŁ..
ZA CO ZGINĘLI UKRAIŃCY
GDY PŁONĄŁ WOŁYŃ
KiA SIDOROWICZOWIE
CZESŁAWA ROCH
ŚLADAMI LUDOBÓJSTWA..
PAMIĘĆ I NADZIEJA
Jastrzębski-LUDOBÓJSTWO
REGINA OWCZARCZAK
MOJE ZASMYKI-wiersze
POLECANE LINKIi
VIDEO
ks.ISAKOWICZ-ROZMOWA
WSPOMNIENIA-S.Kicińska
WSPOMNIENIA-Podskarbi
NA PODOLU PŁACZE...
WOŁYŃ 1943-Lech Makowiecki

WYWIADY I OPINIE
ROZMOWA z ks. Isakowiczem
ks. Isakowicz-CHODZI MI TYLKO...
Prof. Wieczorkiewicz o OUN-UPA
SEJM ZDECYDOWAŁ...
Ks.Isakowicz-POLITYKA ZAKŁA..

LIST OTWARTY do D.Tuska
Ostatnie artykuły
Odbyły się obchody...
Dęby Pamięci
Dyplom od Światoweg...
72.Rocznica "Krwawej...
I Marsz Pamięci Syb...
Ostatnio na forum
Najnowsze tematy
Brak tematów na forum
Najciekawsze tematy
Brak tematów na forum
POLECANE STRONY

 
<27 Dywizja Wołyńska AK

---------------------------------


Fundacja Centrum Dokumentacji
Czynu Niepodległościowego

--------------------------------

Fundacja Polskiego Państwa
Podziemnego

---------------------------------

Kresowy Serwis Informacyjny
-----------------------------------

Serwis Informacyjny
o Kresach Wschodnich

------------------------------------

Serwis Informacyjny
Towarzystwa Miłośników
Wołynia i Polesia w Chełme

Copyright © 2009 - Stowarzyszenie "Pamięć i Nadzieja" w Chełmie, 22-100 Chełm Pl. Niepodległości 1, p.77 Telefon - biuro: 608 073 511,
e-mail: stowarzyszenie.pin@op.plAdministrator - Tadeusz Halicki: thalicki@poczta.onet.pl
Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2017 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
Wygenerowano w sekund: 0.03